Czerwona bluzka

Nastały dziwne czasy. Cała ta cywilizacyjna pogoń za nowinkami technicznymi, pozornie ułatwiającymi życie, to czyste szaleństwo. Niby zbliżają, a jednak oddalają ludzi od siebie. Co mi po sieciowej rozmowie z jakąś cudną panią, gdy i tak nie poczuję jej zniewalającego zapachu i nie ujrzę tęczówek jej oczu. Feromony rozwiewają się w podmuchach biurowej klimatyzacji, a pierwsza miłość powoduje co najwyżej nerwowe trzepotanie myszki komputerowej, bo na pewno nie serca. W krótce pewnie nawet w ciążę będzie można zajść przez Internet. Albo te telefony komórkowe - mogę zlokalizować najgorszego wroga choćby i na Antarktydzie i nakłaść mu w sms-ie, ale nie oznacza to, że ten ktoś poczuje smak pocałunku mojej pięści, a ja zobaczę jego zdumione spojrzenie. Tak. Czasy stały się nieznośne.
- Niekiedy więc trzeba poczuć tęsknotę i świadomość dzielącej odległości. I tą małą ziemię, którą można zamknąć niemalże w pudełku własnych dłoni, nadmuchać jak balon do pierwotnych rozmiarów i wsiąść choćby w pociąg. Słyszeć ten kilkugodzinny stukot kół o szyny. Wolność, toczącą się po niekończących się stalowych nitkach, prowadzących w tak dobrze znane Nieznane.
- Od dziecka lubiłem jazdę koleją. Mój strach, a potem podziw, budziły lokomotywy - potwory o jasno świecących oczach, które wyłaniały się zza zakrętu tunelu na dworcu, jak prehistoryczne gady z mroku jaskini. Sądzę, że do dzisiaj ten pierwiastek respektu, przed ich narastającym łoskotem, pozostał we mnie pod postacią dziwnych skurczy w żołądku i uroczystego niepokoju, towarzyszących mi zawsze podczas wizyt na peronie. Potrafię chyba zrozumieć tą nietypową fascynację, bowiem mam znajomego, który obsesyjnie zmienia mieszkania w poszukiwaniu optymalnego pokoju dla jego wciąż rozrastającej się makiety kolejowej. A wydanie połowy pensji na jakiś unikatowy model parowozu z początku XX wieku jest tak samo oczywiste, jak chociażby kupno na obiad kalafiora (którego swoją drogą przez lata mylił z sałatą).
- I właśnie któregoś zwyczajnego dnia, pogrążony w dyspucie z rzeczonym człowiekiem na temat równie nieistotny, co kurs indyjskiej rupii, spojrzałem na jego imponującą imitację dworca w Genewie i zdało mi się, że refleksy światła stworzyły pozory ruchu. Wyobraziłem sobie malutkich ludzi wsiadających do mikroskopijnego wagonika, palacza z wysiłkiem podsypującego węgiel, zawiadowcę, który wyuczonym gestem daje sygnał do odjazdu, a nawet psa, co zwabiony sobie tylko znanym psim zapachem zgubił właściciela, a teraz ujada głośno na peronie. I wyobraziłem sobie siebie samego. Jakże bym chciał się znaleźć wtedy na tamtej makiecie, gdzie czas odmierzało gaszone lub zapalane światło w pokoju, a rewolucją był dotyk szmatki oczyszczającej z kurzu. Tego samego kurzu, który niestety pokrywa nas codziennie i często nieodwracalnie potrafi odebrać blask diamentom ludzkich serc. Kurzu, na który nie wynaleziono dotychczas odpowiednio skutecznego włókna do produkcji szmatek. Wtedy podjąłem decyzję.
-- Znajomy rozgardiasz nie jest w stanie zrobić wrażenia na mieszkańcu Warszawy - tego największego i najbarwniejszego śmietnika Europy Wschodniej. Dworzec Centralny, ochrzczony tak dumnie na fali gierkowskiej propagandy sukcesu, nie stracił swego statusu chyba do dzisiaj. Jest wciąż centralnym miejscem spotkań okolicznej i nie tylko lumperii, oraz prawdopodobnie największą noclegownią stolicy. Nie mniej jednak, gdy już przetrze swe zmęczone po nocnych ekscesach oblicze i gdy utopi socrealistyczne bryły w promieniach porannego słońca, potrafi mnie urzec.
- Czynił to z premedytacją przez lata. Szczególnie zapadł mi w pamięci pewnego sobotniego ranka. A może nawet nie on, choć stał się niemym świadkiem mojej przygody, odprowadzając wraz z kolejowym składem część moich wspomnień.
- Tłum wypełniający halę główną jest dla mnie wciąż nierozwiązywalną zagadką i fenomenem socjologicznym. Lubiłem obserwować i patrzeć na twarze, na których wachlarz emocji przypominał o barwach życia i skłaniał do różnorakich wniosków. Choć to może zbyt duże określenie. Na pewno skłaniał do gapienia się i zabawy w odgadywanie powierzchowności osobowości. To znacznie ciekawsza rozrywka niż rozwiązywanie krzyżówek, równie banalnych jak ich twórcy, czy zajadanie czekoladowych batoników z miną osła w siódmym oślim niebie. Jednakoż jest to zajęcie w podobny sposób przelotne jak powyższe. Mimo to tego ranka moje przyzwyczajenie do obserwowania ludzi miało zaprocentować w sposób dla mnie nieoczekiwany.
- Kupiłem bilet i ponieważ miałem jeszcze pół godziny do odjazdu, postanowiłem się pokręcić po dworcu. Ludzie, ludzie, ludzie. Kolejka do kiosku, kolejka do kasy, kolejka do wc, kolejka do - kolejki. Mijając kolejne postaci i ruchem głowy stanowczo odmawiając kilku liczącym na drobniaki do flaszki, kwieciście maskującym swe prawdziwe potrzeby, potokiem słów o głodnej siostrze czy nagłym zgubieniu portfela, dotarłem do dworcowych podziemi handlowych. Zawsze zastanawiałem się ile można zmieścić w sklepiku metr na metr, gdzie zmuszony jesteś przymierzać czapkę czy płaszcz stojąc w progu, bo, nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności, w pomieszczeniu znajduje się akurat również pani sprzedawczyni, kształtów, mówiąc oględnie, słusznych. Prawdą jest jednak, że lubię czasami pozaglądać sobie w takie miejsca, przynajmniej nie mam obaw, że wpadnie na mnie dziewczyna na wrotkach albo ktoś będzie uparcie wzywał przez mikrofon serwis sprzątający.
- Wychodząc z księgarni (można jedynie pooglądać - zaporowe ceny, wymyślone chyba, podobnie jak w stojących pod dworcem taksówkach, dla naiwnych turystów, skutecznie zniechęcają do zakupów poważniejszych niż gazeta na drogę) i kierując swe kroki do mieszczącego się naprzeciw marketu spożywczego, zauważyłem kątem oka dziwną scenę, która wzbudziła mój niepokój i podświadomą chęć interwencji.
- Młoda kobieta w czerwonej koszuli z grymasem na twarzy i z uniesionymi ku górze dłońmi przecząco kręciła głową do dwóch niezbyt dokładnie ogolonych typów, którzy próbowali ją prawdopodobnie przekonać do czegoś, na co zapewne nie miała ochoty. Moja słabość do przedstawicielek rodu Ewy, zwłaszcza atrakcyjnych, nie raz przyprawiała mnie o kłopoty, po których obiecywałem sobie na przyszłość większą ostrożność. Ale obietnice szybko stawały się obiecankami, a te jak wiadomo mają tyle wspólnego z prawdą, co zapewnienia pierwszego lepszego polityka o uczciwości. Energicznym krokiem podszedłem do tej malowniczej grupki, gotowy uczynić coś, co zmieniłoby niezbyt ciekawe w moim pojęciu położenie kobiety. Gest ten miał w sobie tyleż szlachetności (co prawda odruchowej, ale jednak...), co nierozwagi, biorąc pod uwagę wzrost dwójki mężczyzn. Nie wiadomo jak potoczyłyby się dalsze wypadki i kto wie czy zamiast tego opowiadania nie pisałbym podania o przyznanie mi wózka inwalidzkiego, gdyby nie okazało się, że są to turyści z Włoch. Kurs włoskiego dla początkujących, na który chodziłem, bo uczęszczała na niego również bardzo sympatyczna i długonoga koleżanka ze studiów, na coś się jednak przydał.
- Swoją drogą długie nogi koleżanki też się jej bardzo przydały, bowiem została wziętą modelką w jakiejś paryskiej agencji, dzięki czemu mam czasami okazję popijać bordeaux z pierwszej ręki i słuchać płyt z francuskim trip-hopem. Z tego, co wyłowiłem z potoku włoszczyzny wynikało, że panowie mają nieco inny pogląd na formę zakupu biletu na polski pociąg niż niewiasta, przyzwyczajona pewnie do tego, że bilety tak jak i codzienną prasę przynosi kamerdyner. Koniec końców, ponieważ już znalazłem się w sytuacji, gdy trio nagle staje się kwartetem, zmuszony byłem, używając tych kilkudziesięciu słów zapamiętanych z kursu, wyjaśnić jak sprawy się mają.
- Prawdopodobnie mi się to przynajmniej częściowo udało, bowiem grupka w zgodzie, o jaką bym jej jeszcze przed chwilą nie podejrzewał, oddaliła się w kierunku kas dworcowych, powtarzając na odchodnym w kółko swoje "grazie...grazie...". Muszę przyznać, że przez dłuższą chwilę nie mogłem oderwać się od ich widoku, a zwłaszcza osóbki w czerwonej koszuli, która rytmicznie kołysała pupą z amplitudą, będącą taką samą niezmienną oczywistością jak to, że dwa razy dwa równa się cztery. Nie lubię spaghetti, ale poczułem chwilowo sentyment do wszystkiego co włoskie. Nawet do włoskiej piłki i nudnych jak flaki z olejem oper w La Scali.
- Spojrzałem na zegarek. Przez całą tą sytuację zapomniałem oczywiście o piwie na drogę, co gorsza okazało się, że nie mam już zbyt wiele czasu i jedyny słuszny kierunek, jaki powinienem obrać, prowadzi wprost na peron, na którym za 5 minut miał się zameldować pociąg do Przemyśla. Naturalnie jak zwykle okazało się, że przyjechał spóźniony, co mnie zresztą nie zdziwiło zbytnio, jako że czas przejazdu zwiększa się w Polsce jak wiadomo wprost proporcjonalnie do temperatury otoczenia. A tamtego sobotniego przedpołudnia, mimo późnej wiosny, było wyjątkowo ciepło
- Dający się ostatnio zauważyć zanik pośrednich pór roku - wiosny i jesieni powoduje, że bardzo szybko robi się bądź to gorąco, bądź zimno. Zdezorientowani ludzie nie bardzo wiedzą jak reagować na tak szybkie zmiany temperatur, więc nie jest rzadkością spotkać na tym samym przystanku osoby ubrane w grube kurtki, marynarki lub wręcz w same koszule. Wygląda to naprawdę zabawnie, zważywszy że dużym prawdopodobieństwem jest, iż posiadacz kurtki, poczuwszy się niezręcznie, następnego dnia założy koszulę i odwrotnie.
- Pogrążony w takich myślach zająłem miejsce w swoim przedziale. Jako że lubię czasem odczuwać przyjemność z bycia samym z sobą, gdy moich myśli nie zakłócają obrazy współtowarzyszy podróży, kupiłem bilet pierwszej klasy. Jednakże moje dobre samopoczucie mąciła myśl o tym, że może nie być lekko. Stojąc na peronie nie potrafiłem zlokalizować stoiska ze słodkimi drobiazgami i, obfitującymi w barwniki "naturalne", kolorowymi napojami, przysłoniętego przez rzekę głów i wystających ponad nimi plecaków. Ten fakt groził niechcianym zalewem nieoczekiwanych gości, nie mieszczących się w standardowych "jak Bóg przykazał" przedziałach drugiej klasy. Bo przecież nie da się grać w karty na korytarzu, nie idzie zmieniać tam pieluchy rozkrzyczanemu bobasowi, nie można prowadzić tam głupkowatych i głośnych rozmów o wyższości piwa ze Szczawnicy nad szczawiem z piwnicy. Nie można, bo pociąg ze swym podziałem na klasy to klasyczny przykład naczyń połączonych.
- Siedząc samotnie oczekiwałem tylko chwili, kiedy do mojego przedziału wejdzie jakiś niedomyty facio z pasztetową w dłoni, wyfiokowane panie z poczuciem własnej wartości tak wysokim, że powinny chyba podróżować na dachu pociągu by być ponad wszystkimi lub dwoje nastolatków, rozprawiających z egzaltacją o problemach z panem od wuefu. Świadom zagrożenia zaopatrzyłem się więc w zapas baterii i kilka dobrych płyt. I znów byłem w drodze. Znów przewijałem taśmę krajobrazów, tak dobrze znaną mi z przeszłości. Mosty - pola - skrzyżowania, puste perony małych miejscowości. Mógłbym zamknąć oczy a i tak z łatwością potrafiłbym wymienić nazwy mijanych stacji.
- Tak, tą drogę pokonywałem swego czasu bardzo często. Wtedy, gdy drogowskazem było naiwne serce, a na końcu drogi oczekiwała mnie druga połowa mego świata. Oczywistego, prostego i definiowalnego, gdzie południkiem była potrzeba, a równoleżnikiem spełnienie. Od tego czasu upłynęło tak wiele chwil, że południki i równoleżniki poplątały się ze sobą, tworząc skomplikowaną siatkę, w której tkwiłem nieszczęśnie zaplątany. Niegdysiejsze problemy nagle stały się banalne, jednak umiejętność okazywania spontanicznych emocji, paradoksalnie, przerodziła się w nierozwiązywalną niemalże układankę.
- To dziwne, bowiem mijała druga godzina mej podróży, a nikt nie zajrzał nawet do mojego przedziału, nie licząc smutnego konduktora, z wyrazem twarzy świadczącym, że prawdopodobnie wziął na siebie wszystkie troski zatrudniającego go deficytowego molocha. I nawet wiszący na jego piersi tytuł "kierownik pociągu" jakby skurczył się w zadumie nad niewesołą przyszłością polskich kolei. Samotność, jak już wcześniej napisałem, była tym przyjacielem, którego towarzystwa najbardziej wtedy oczekiwałem, więc dziwiąc się cieszyłem jednocześnie.
- Każda dłuższa podróż ma to do siebie, że człowiek chcąc nie chcąc musi zmieniać położenie swego ciała. Czasami radykalnie. Poczułem naturalną potrzebę udania się w miejsce, gdzie wszyscy, niezależnie od pozycji społecznej, wyznania i płci są uderzająco podobni do siebie w metodach postępowania. Zwłaszcza w pociągu. Miałem do pokonania kilkanaście metrów wąskiego i pustego kolejowego korytarza, jako że zajmowałem miejsce niemalże idealnie w centralnej części wagonu. Lubię mijając kolejne przedziały zerkać na siedzących w nich ludzi. Czasami można dostrzec ciekawe lub zaskakujące albo wręcz śmieszne obrazki, stanowiące o kolorycie podróży. Przechodząc wzdłuż szeregu niedomkniętych drzwi (które swoją drogą uwielbiają się otwierać w najmniej spodziewanych momentach) nie mogłem się tym razem spodziewać tego typu atrakcji. I pewnie beznamiętnie dotarłbym do swego celu, by tam z pełną emfazą oddać się czynności, towarzyszącej nam od zawsze, gdybym kątem oka nie zauważył w ostatnim boksie charakterystycznej czerwonej koszuli.
- Mając świadomość, że nie da się nie zauważyć kogoś przechodzącego korytarzem, gdy samemu siedzi się w pustym przedziale, miałem pewność, że i ona mnie także dostrzegła. Przypomniałem sobie zdarzenie sprzed niemal trzech godzin, kiedy przez moment uświadomiłem sobie, że być może rozpowszechniana przez niejedną kobietę opinia o mężczyźnie noszącym głowę w spodniach a nie na karku, nie jest taka daleka od prawdy. Trafiłem wreszcie do Wc, by po raz kolejny przeżyć oczywistą w rodzimych pociągach rozpacz. Tragedia, którą napotyka każdy podróżny w takich miejscach, pozostaje niezmienna od dziesięcioleci. Oparła się nawet nowemu stuleciu. XXI wiek to wciąż odległa przyszłość dla owych przybytków. Może trzeba się z tym pogodzić i potraktować to jako jakże namacalne spotkanie z przeszłością ? Pełne sentymentu odwiedziny ruchomego muzeum, z tą różnicą, że można, a nawet trzeba, dotykać eksponatów. Jednak, gdy wróciłem na swoje miejsce poczułem ogromną ulgę, że przynajmniej na jakiś czas zostawiłem malowniczą przeszłość za sobą.
- Nie mogłem oprzeć się refleksji, iż w sumie chyba dobrze się stało, że nie zdążyłem kupić piwa na drogę. Włączyłem to co lubię. W moich słuchawkach zabrzmiała muzyka z płyty "Garden" Johna Foxxa. To, co ten człowiek potrafił wydobyć z pozornie bezdusznych syntezatorów graniczy z cudem. Nieprawdopodobnie ciepłe dźwięki sprawiły, że patrząc za okno odpłynąłem. I oto przy utworze tytułowym, przyglądając się przez szybę linii horyzontu, przesłanianej pojawiającymi się tu i tam zielonymi plamami klonowych zagajników, wyczułem nieznaczną wibrację powietrza spowodowaną czyimś ruchem. Odwróciłem gwałtownie swą twarz od okna wściekły, że to rozpraszające wrażenie musiało przytrafić się akurat podczas najfajniejszego momentu piosenki i oniemiałem z zaskoczenia !
- W otwartych drzwiach przedziału stała ona. Długie, czarne włosy opadały na rozpiętą pod szyją koszulę, a jej czerwień wywołała u mnie skojarzenia z krwią, którą musieli w dawnych czasach przelewać śmiałkowie, by móc choćby jedynie popatrzeć przez moment w oczy podobne do tych, w które ja patrzyłem teraz. Nigdy nie ciągnęło mnie zbytnio do morza, lecz ocean pragnień jaki ujrzałem w czarnych jak węgiel oczach kazał mi zapałać głębokim uczuciem do żeglugi, która nagle okazała się czynnością tak oczywistą jak oddychanie. Wykorzystując moje osłupienie kobieta weszła do przedziału i mijając mnie o centymetry, choć zdały mi się niemal kilometrami, usiadła na siedzeniu powleczonym materiałem z nieznośnym wzorem złożonym z napisów "PKP". Już dawno doszedłem do wniosku, że nadmiar autoreklamy jest po prostu niesmaczny.
- To tak jakby papier toaletowy pokryć wypukłą fakturą, układającą się w słowa "do dupy... do dupy..." Całe szczęście obecność niespodziewanego gościa zmniejszyła liczbę brązowych "pekapów", przysłoniętych teraz ujmującymi kształtami. Poczułem nagłe i przyjemne uderzenie zapachu damskich perfum, których i tak nigdy nie potrafiłem odróżnić z nazwy i dzieliłem jedynie po swojemu na zmysłowe, cukierkowate, autobusowe, biurowe, niepokojące czy łazienkowe. Te które poczułem, mógłbym śmiało określić mianem zmysłowego niepokoju. A niepokój był tak duży, że przez ładnych kilka minut nie byłem w stanie wydusić z siebie ani jednego słowa.
- Słuchawki zsunęły się z mej głowy i swym półzwisem dopełniały obraz mego całkowitego stuporu. I trwaliśmy tak wpatrzeni w siebie nawzajem i gdyby nie miarowy stukot kół, mogłoby zdać się, że świat cały zatrzymał swój bieg, zachwycony magią chwili.
- Do dzisiaj, choć szukałem w pamięci wielokrotnie tego momentu, nie potrafię powiedzieć jak to się stało, że nagle nasze dłonie i usta odnalazły siebie nawzajem. Nie pamiętam kto uczynił pierwszy gest, nie pamiętam czy padły przy tym jakieś słowa, dość że stała się chwila, gdy całowałem pełnię jej ust i zaplątywałem swój język w jej.
- Błądziłem rękoma po jej ramionach, po szyi, to znów plecach, skrytych jeszcze pod czerwonym materiałem. Nie odrywając ust od ciepłego aksamitu jej warg zacząłem rozpinać guziki koszuli, a myśli oszalały próbując wyobrazić sobie obraz nagiego ciała. Zsuwając koszulę zatopiłem usta w szyi i językiem przesuwałem po drżącym karku. Dostrzegłem zarys krągłych piersi, ukrytych pod czarnym biustonoszem, który niebawem odnalazł swe miejsce na podłodze obok koszuli.
- Podniecony ująłem w dłonie pełnie jej kobiecości. Były sprężyste, a widok brązowych sutków, dumnie wyprężających się w oczekiwaniu nieznanych ROZKOSZY przyprawił mnie o zawrót głowy. Zacząłem pocierać je delikatnie opuszkami palców, by za moment zbliżyć do nich swe wargi. Połykałem je, to znów wypuszczałem, upajając się ich cudowną twardością. Przesuwałem całością języka po ich koniuszkach słysząc ciche jęki, potwierdzające słuszność mych poczynań.
- Nie przestając pieścić jej piersi dłońmi zsunąłem się niżej i całowałem brzuch, natrafiając na urocze zagłębienie, świadczące o tym, że piękno które dane mi było obdarzać swymi czułościami, rozkosznie tkwiło kiedyś we wnętrzu swej, nie wątpię równie urodziwej matki. Dotarłem do kresu nagości, naturalnym więc się stało, że pozbawiłem ją spodni i odsłoniłem bieliznę, która choć prezentowała się w swej okazałej czerni niezwykle zmysłowo, stanowiła przeszkodę dla mych karesów. Chwyciłem więc jej krawędź zębami i począłem ją zdejmować, przy okazji mając możliwość cieszyć swój, nieco już zmętniały, wzrok zarysem wspaniałych nóg. Klęcząc przed swą kochanką z majteczkami w ustach napotkałem znowu jej spojrzenie.
- Spojrzenie, którego nie da się zapomnieć nigdy. Spojrzenie, w którym zawarte były wszelkie pragnienia, pytania i odpowiedzi na nie. Spojrzenie, które miało moc dawania i odbierania czegokolwiek wyrokiem oznajmianym przymknięciem długich rzęs. Wiedziałem, że wyrok na mnie już zapadł. A karą miała być towarzysząca mi już do końca życia pamięć o tym cudownym przedpołudniu i świadomość jego niepowtarzalności.
- Teraz ona oplotła mnie ramionami i przyciągnęła mocno do swej nagiej już całkowicie postaci. Wczepiła się dłońmi w moje włosy i zatopiła usta w mych rozwartych pragnieniem wargach. Była szalona, gdy przez moment przejęła inicjatywę uświadomiłem to sobie z niesamowitą pewnością. Była szalona tym szaleństwem, jakim kobieta potrafi zgubić mężczyznę, opanowując całkowicie jego zmysły, rozsądek i ciało i czyniąc go niewolnikiem swych celów i dążeń. I gdy już stanąłem przed nią równie nagi świadomość tego, że tak naprawdę jest w stanie zrobić ze mną wszystko, a ja będę posłuszny, uderzyła mnie z niespodziewaną i niewytłumaczalną ROZKOSZĄ.
- Całowała me ciało z delikatną subtelnością, w której jednak dało się wyczuć zachowanie kocicy - była nią bez wątpienia. Ujęła w dłonie mą męskość, by tym gestem sprawić, że zapomniałem wszystko, czego nauczyłem się w całym swym dotychczasowym życiu. Nie chciałem nic wiedzieć i pamiętać, skupiony jedynie na przeżywaniu niesamowitej przyjemności. Poznawała mapę mego ciała z wprawą doświadczonego kartografa, by nagle z niespodziewaną oczywistością ująć w swoje usta wyprężonego już maksymalnie członka. Bawiła się nim drażniąc obnażoną i nabrzmiałą główkę.
- Przesuwała język wzdłuż zwieńczenia napletka, pomagając sobie rytmicznie dłonią. Chowała go w podniebieniu, to znów wysuwała z ust. Gdybym potrafił ująć w słowa swe doznania niewątpliwie zasługiwałbym na literackiego Nobla. Czułem, że nie jestem w stanie wytrzymać zbyt długo, jednak moja kochanka zdając sobie doskonale z tego sprawę nie zamierzała przerywać. Wręcz przeciwnie, dotykając zmysłowo swych piersi zachęciła mnie do tego bym postarał się poświęcić im teraz szczególną uwagę i nie pozwolił umknąć zbliżającej się cudownej ROZKOSZY. Fali która nadeszła, gdy trzymałem dłonie na jej ekstatycznych krągłościach i która zalała gorącym strumieniem jej usta, szyję i spływała teraz wzdłuż pochyłości jej dekoltu. Wiedziałem jednak, że to dopiero początek naszej wspólnej podróży.
- Zanim opadłem na wygniecioną tysiącem tyłków kanapę nasze usta spotkały się jeszcze raz na moment, chcąc jak gdyby przypieczętować tajemnicę wzajemnej bliskości, drżąco skrywaną za brązowo-burymi zasłonkami i kolejową szybą. Zdawałem sobie sprawę z tego, że towarzystwo tej pięknej istoty będzie determinantem mej nieustającej gotowości. Poza tym zawsze uważałem, że prawdziwą ROZKOSZ mężczyźnie sprawia ta wszechogarniająca świadomość dawania partnerce możliwości wielokrotnego wspinania się na szczyt.
- Wyraz całkowitego odrealnienia i upojnego niebytu, skąpanego w spazmatycznych krzykach widziany w oczach kochanki to najpiękniejsza nagroda i najcenniejszy skarb. Skarb, którego nie da się zmierzyć żadną miarą, bo ocierający się o niedefiniowalny absolut. Za takie chwile dałbym się żywcem pokroić w plasterki mcdonaldowych hamburgerów, których notabene nie trawię, jak większości amerykanizmów zalewających nas z szybkością wody spływającej z rezerwuaru po pociągnięciu spłuczki. Mieszkanka włoskiego buta usiadła naprzeciwko mnie i gdy jeszcze próbowałem złapać odpowiedni rytm oddechu (wiedziałem, że rytmu serca nie uda mi się uspokoić jeszcze długo...) zaczęła dotykać swego ciała w sposób świadczący, że większość jej łazienki stanowiły zapewne lustra.
- Dłońmi przesuwała wzdłuż nabrzmiałych piersi (którym mogłem się teraz dokładnie przyjrzeć - pełne i jędrne, unosiły się lekko sutkami ku górze, nieco zawadiacko, jakby kpiąc ze swego ciężaru) a także wzdłuż brzucha i wciętej, choć dojrzałej kobiecej talii. Gładziła swoje uda, po czym oddaliła je od siebie odsłaniając największy sekret wszechświata. Tajemnicę stanowiącą początek i koniec wszechrzeczy. Tak bliską i jednocześnie tak dalece nieodgadnioną. Jej palce utonęły w pieszczocie. Rozchylony i wilgotny kwiat kwitł na moich oczach jak mityczny kwiat paproci.
- Patrzyła mi cały czas w oczy głębią podwodnych raf koralowych, a czerń jej tęczówek niemalże pochłaniała mnie jak czarna dziura. Ukląkłem przed nią i pochyliłem się by poczuć smak jej kobiecości, niepowtarzalny, zniewalający, ekstatyczny. Drążyłem korytarze mym językiem, to znów drażniłem wysunięty guziczek lub zwilżałem pełnią języka nieskromnie rozchylone niczym u roztargnionej uczennicy fartuszki pomięte ROZKOSZĄ. Sprawiałem jej niewątpliwie dużą przyjemność, bowiem w pewnym momencie ścisnęła mą głowę ciepłem swych ud i poczułem silne drżenie jej ciała, połączone z przyśpieszonym oddechem. Była na szczycie.
- Świadomość jej doznań nadała oczekiwanej sztywności mej, wzwiedzionej już od jakiegoś czasu, męskości. Uniosłem moją kochankę i posadziłem sobie na kolanach. Napawając się znowu bliskością jej nagości doznałem niesamowitego i nieopisywalnego uczucia pełni kontaktu. Była gorąca. Chłonęła mnie z łapczywością i niepohamowaną żądzą. Czułem każdy jej ruch, z którym każdy atom mego ciała uzmysławiał mi niemożność umiejscowienia swych elektronów, protonów i neutronów.
- Poruszała się rytmicznie, a jej biust podskakiwał miarowo, jakby potakując z lubieżnym uśmiechem "tak...tak...tak..." Czarne włosy opadały kaskadami na twarz, ramiona, plecy. Jeszcze moment i obraz ten towarzyszyłby memu kolejnemu ORGAZMOWI gdybym nie położył muzy mych pieszczot na wąskim siedzeniu i nie wszedł w nią w sposób jak najbardziej zgrzebny i oczywisty. Nachyliłem się nad jej twarzą i poszukałem nieprzytomnych ust, które czując me wargi, napełniły się wspaniałym ciepłem. Byliśmy na tym samym kursie, jak żeglarze czujący silny powiew wiatru napinającego płachty żagli ich łodzi i płynący ku nieznanej przygodzie. Całowałem znów jej piersi, przyśpieszając, to znów zwalniając rytm ruchu mych lędźwi. Zapadałem się w nią głęboko, by za chwilę wykonywać płytkie ruchy i czuć ją jedynie koniuszkiem.
- Oplotła moje plecy nogami, by chłonąć mnie jeszcze pełniej i za moment poczułem, że odpływa, wiedziona widać silniejszym podmuchem wiatru, a ja towarzyszyłem jej upojnym wzrokiem wiedząc, że nadejdzie czas, gdy i mnie powieje. Chwilę później stała przede mną pochylona i oparta o podróżny składany stolik kolejowy, o którym sądziłem, że jako blat spożywczy sprawdza się nieszczególnie, składając się ciągle uparcie, a który teraz stanowić miał namacalną podstawę naszych miłosnych manewrów. I pomimo moich obaw wytrzymał jak się później okazało ów ciężar namiętności. Po raz kolejny podziwiałem harmonię kształtów mojej kochanki.
- Łączyła w sobie dziewiczą niewinność i delikatność, wyrażającą się choćby w aksamicie skóry i dojrzała kobiecą zmysłowość, zawartą w pełni kształtów i w pewności, z jaką prezentowała swą nieskrępowaną nagość. Po raz kolejny odnalazłem drogę do jej sekretów, nacierając swą sztywnością w głąb jej lędźwi. W tej odsłonie byłem wyjątkowo wnikliwym obserwatorem.
- Rękoma trzymając ją silnie w pasie zadawałem spazmatyczne ciosy, a mój miecz czerwony z ROZKOSZY raził celnie i silnie. Nie ukrywała swych jęków, a ja nie ukrywałem, że podnieca mnie widok zaciskających się na mym członku wrót spełnienia. Prawą dłonią dobrałem się do cudownych piersi, stanowiących dla mnie zawsze niewyczerpane źródło przyjemności. W szale namiętności pieszcząc pośladki poszukałem kciukiem drugiej tajemnicy, by ją delikatnie zgłębić.
- Trwając w tej pozie, jakże dynamicznej, a jednak zamarłej w fantastycznej jedności, godnej dłuta antycznego greckiego mistrza i słysząc narastające westchnienia mej partnerki poczułem wzbierającą we mnie kaskadę nieokiełznanej i dojmującej ROZKOSZY. I gdy westchnienia kochanki przerodziły się w krzyk wysunąłem mą męskość, by zrosić jej plecy i pośladki nektarem soków, dojrzewających przez te wszystkie minuty. Przyciągnąłem rozdygotane ciało i wtuliłem się w jej plecy, chcąc uświęcić tą bliskością ostatnie chwile szczytowania.
- Ponieważ straciłem poczucie czasu i przestrzeni nie wiem jak długo siedziałem półprzytomny, fascynująco wyczerpany i zasłuchany w stopniowo uspokajający się rytm własnego serca. Nieco później przypomniałem sobie jeszcze jak nasze oczy spotkały się po raz ostatni, gdy kobieta wychodząc z przedziału odwróciła się do mnie i wypowiedziała jedno słowo. Jedyne, którego jestem pewien, które dźwięczy mi do dzisiaj słodką melodią i porusza najgłębsze pokłady fundamentów mych zmysłowych pragnień.
- "Giulia" - wyszeptała, choć jej szept był raczej powiewem czy tchnieniem, niźli złożonym z głosek wyrazem. Nigdy w życiu już jej nie ujrzałem. Całe szczęście, że nie spotkałem także żadnej innej Giulii, bowiem w mej świadomości imię to nierozerwalnie związane jest tylko z nią i wraz z jej podobizną powinno zająć poczesne miejsce w podparyskim Sevres, obok wzorca metra czy kilograma. Dopiero wysiadając z przedziału zauważyłem w rogu na siedzeniu małą karteczkę. Drobnym, kobiecym, starannym pismem napisane były słowa, układające się w jedno zdanie : "Prendi dalla vita soltanto momenti belli per poterli curare nella tua memoria in vecchiaia".
- Taszcząc ciężki plecak zastanawiałem się, czemu u diabła zabrałem ze sobą, pomiędzy innymi zbędnymi rzeczami, aż czterdzieści płyt, skoro przyjechałem po to by cieszyć się niczym nieskrępowaną wolnością i po prostu połazić po okolicy. Cóż, tam skarb twój, gdzie serce twoje - jak ktoś kiedyś napisał na pewnych drzwiach. Moje serce zaprzedałem już dawno pewnej pani, a przedmiot mojego kultu wymagał gromadzenia taśm, kaset, a potem płyt.
- Muzyka to ma pierwsza miłość. I te czterdzieści płyt to był dowód uczucia, dowód, który często i chętnie dawałem. Teraz jednak nogi jak z waty uginały się pod ciężarem niesionym na plecach. Po raz pierwszy w życiu moja miłość mi ciążyła. Miałem wkrótce znowu stanąć na chodniku peronu dworcowego - jakże innego od tego z którego rozpocząłem swą podróż. Pamiętającego zmienne losy historii - zabory rosyjskie, Pierwszą Wojnę światową, odzyskanie niepodległości, konflikt polsko-bolszewicki czy wreszcie zawieruchę drugiej wojny. Stąd, gdzie ja dzisiaj dotarłem, wyruszali młodzi chłopcy, nierzadko w swą ostatnią w życiu drogę. Tak, Przemyśl to szczególne miasto. Otulone mgłą mroków historii, ale i dziś tajemnicze, urocze i urzekające. To już jednak temat na zupełnie inną historię.
- Wtopiłem się w dworcowy tłum, a w moich myślach jak echo odbijały się słowa przeczytane na niewielkim, różowym skrawku papieru - "Łap w życiu piękne chwile, byś mógł je pielęgnować w swej pamięci na starość"...


* KONIEC *

© Grzesio, 2018.

PoprzedniNastępny

` Strona Główna `