Dialogi w półmroku

Ciemnawo tu jakoś.
– Nastrojowo i intymnie. Tak lubię. Nie marudź.
– Jeszcze nawet nie zacząłem.
– A w ogóle kiedykolwiek przestałeś ? Jak minął dzionek ?
– Ugotowałem rosół.
– Ja nie umiem gotować.
– Daj spokój. To najprostsza zupa.
– No i co z tego ? I tak nie umiem.
– A ja uwielbiam gotować. To jak loteria. Niby zawsze robisz to samo, a wynik jest niewiadomy.
– Hazardzista.
– Tylko kulinarny.
– Mojej mamie zawsze wychodzi tak samo.
– Mamom zawsze wszystko wychodzi.
– Nauczysz mnie ?
– To kwestia mięsa. Trzeba kupić ładny szponder.
– Co ?
– Takie mięso, wołowe. Ani za chude, ani za tłuste. Jak z kobietami.
– Jak to ?
– Ani anorektyczka, ani Venus z Willendorfu.
– Skąd ?
– Musi mieć się czym Pochwalić i z przodu i z tyłu, tyle, że bez przesady.
– Świnia.
–– Niespiesznie przesuwał Usta wzdłuż linii jej Uda. Było napięte niczym Cięciwa łuku. Z daleka wyglądało na lśniące gładkością. Z bliska, we wschodzącym zza jego grzbietu świetle słabiutkiej lampy, widział pokrywający skórę delikatny meszek. Próbował go wyczuć koniuszkami palców, ale gdy tylko chciał to zrobić, ten ginął w drobinkach gęsiej skórki.
– A wcale nie było zimno. Wręcz przeciwnie.
– Skóra paliła niczym rozpalony metal. Choć dotykał jej tylko urywanym oddechem, żar wysuszał mu Wargi. Bez Ustanku podążał jednak dalej, podobny szukającemu oazy, spragnionemu wędrowcowi. Wydawało mu się, że droga nie ma końca. O dziwo, wcale go nie wypatrywał, doskonale wiedział gdzie się znajduje.
– Każda wędrówka ma swój kres. Zatrzymał się na przecinającym szlak eskapady wąwozie. Zadrżał widząc ciemność, w której ginął koniec jaru. Odwrócił wzrok. Jeszcze nie był gotowy, by się w nią zanurzyć.
– Ona też nie była gotowa.
– Ominął kuszący parów. Spłynął na szeroką równinę brzucha. Była twarda i solidna niczym sklepienia romańskich bazylik. W przeciwieństwie jednak do nich, unosiła się i opadała w Nagłych drgnięciach, gdy tylko jego dłonie rysowały na niej swój kręty szlak. Nie zatrzymały się tu długo, powędrowały ku dwu pobliskim, świątynnym kopułom.
– Westchnęła Głęboko.
– Drugi raz zrobiła to, gdy dotarł do ich szczytów. Dotknął ich z nabożną czcią, a one ożyły. Zaczęły wstawać, rozwijać się. Otoczył je Ustami.
– Westchnęła po raz trzeci i kolejny.
–– Słuchaj, istnieje jakaś warszawska gwara.
– Dlaczego pytasz.
– Tak dziwnie mówisz.
– Ja mówię dziwnie.
– Z takim akcentem.
– Akcent mam dziwny ? Dziwne to ty zadajesz pytania. Ale, jeśli tak twierdzisz. A ty jesteś szemrana, czy zielona.
– Co mówisz.
– Pytałaś o gwarę ? No to mniej więcej taka była, detalyczna i z faszonem.
– Jaka.
– „Harmonia na trzy-czwarte z cicha Rżnie.
Ferajna tańczy, wszystko z drogi !”
- Matko jedyna, ty chyba śpiewasz ? Prawdę mówiąc nie wróżę ci wielkiej kariery.
– „Z szaconkiem bo się może skończyć źle.
– Gdy na Gnojnej bawimy się.”
- Ślicznie, ale nie rób tego więcej. I cóż to miało być ?
- To ? Grzesiuk.
– Kto.
– Nie przejmuj się. Ta gwara umarła razem z prawdziwą Warszawą. Zresztą, ty też trochę inaczej mówisz.
– Jestem z Poznania.
– Znaczy się - pyrka.
– Powiedzmy.
– Lubię kartofelki. Zwłaszcza te młode.
–– Chciał widzieć kolor jej Warg, mimo, iż znał ich barwę na pamięć. Wiedział, że były delikatnie Różowe, niczym dojrzewająca poziomka. Kapryśnie wydęte, opadnięte w chwili rozpaczy i rozciągnięte w radości. Teraz były lekko uchylone, wpółotwarte w kokieteryjnym oczekiwaniu.
– Wyglądały gościa.
– Nie chciał, by zwiędły w niespełnionej nadziei. Musnął je delikatnie swymi Ustami, przesunął się wzdłuż ich krawędzi; skraju miękkiej czerwieni. Były tak subtelnie piękne, a potrafiące stać się niewyobrażalnie wyuzdanymi, tak niewinne w wyrazie, a jakże bezwstydne. Oderwał się, chłonął z zapartym tchem skończone piękno. Poruszyła się nerwowo, szybko oblizała Wargi końcem języka. Wydało mu się, że w jednym momencie rozkwitły i dojrzały. Kusząco zalśniły odbitym refleksem skąpego oświetlenia. Zadrżał widząc ten manewr. Znał go doskonale. Patrzył i czekał. Zniecierpliwiła się.
– Poszukała go z namiętnym pomrukiem. Szybko odnalazła uciekiniera, poczuł jej dłonie we Włosach. Usidliła go i unieruchomiła jednym głębokim pocałunkiem, bez szans na ucieczkę. Tyle, że on wcale nie miał zamiaru dłużej pierzchać. Przeciwnie. Uśmiechnął się grymasem triumfatora.
– Długo nie rozdzielali złączonych Warg. Wiele się działo pod przykrywką tego aliansu. Wewnątrz, ukryci przed światem, wyszli sobie naprzeciw. Przywitali się nieśmiało. To było jak spotkanie dwojga starych kochanków. Dotykali się, badali rozpoznając z radością, aż do utraty tchu. Oczekiwanie jest udręką, ale jakże słodki jest jego owoc.
– Rozdzielili się na moment. Uchwycił w dłonie jej twarz: mocno, bezlitośnie. Spojrzał zachłannie. Chciał zobaczyć jej oczy, chciał widzieć radość i zapomnienie. Były zamknięte. Długie rzęsy rzucały na powieki żałobny cień. Zrozpaczony wpił się ponownie w jej Usta.
– Dlaczego nie chciała na niego spojrzeć ?
–– Miły jesteś.
– Jestem.
– I bardzo delikatny. Szczerze mówiąc, może nawet za bardzo.
– Masz Ci los. Jeszcze się taki nie urodził, co by którejś dogodził.
– Czy ja powiedziałam, że nie dogodziłeś ?
– Inne nie narzekały.
– O ! Jaki drażliwy. Dużo miałeś tych innych ?
– A cóż to za pytanie ?
– Ciekawa jestem. Kobiety tak mają.
– Nie wiem, myślę, że nie ma się czym chwalić
– No, no. W dodatku skromny.
– Boże, nie wiem, nie prowadziłem buchalterii.
– Jakie one były ?
– Różne.
– Starsze, młodsze ?
– Aleś się przyczepiła, nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale ja też kiedyś byłem młodszy.
– No powiedz, proszę. Zdradzałeś swoje dziewczyny ?
– Nie jestem świętym. Może już starczy tego śledztwa ?
– Dobrze, dobrze… a chodziłeś do panienek ? No wiesz. Jak wy to mówicie – na kurwy.
– Przestań. Co to za słownictwo ?
– No przecież tak się na nie mówi.
– Różne rzeczy się mówi. Kurestwo to nie nazwa zawodu, to cecha charakteru.
– To jak mam je nazywać ?
– Nie wiem. Tyle jest starych określeń: kurtyzana, gejsza, może hetera, albo tak po swojskiemu – mewka, dziewczynka.
– Elokwentny jesteś. Ale jakieś takie staroświeckie te nazwy.
– No to call girl. Daj już spokój.
– Hi, hi, naprawdę delikatny i jaki drażliwy… Gdzieś się uchował ?
–– Cóż takiego fascynującego jest akurat w krągłościach ? Są przecież inne piękne kształty.
– Naprawdę ?
– Chciałby mieć dłonie jak liście łopianu. Mógłby wtedy objąć w całości unoszące się nad jego twarzą obłości. Niestety łopian musiał pozostać tylko we wspomnieniach dziecięcych zabaw. Przebiegał dłońmi po napiętej, błyszczącej skórze. Chciał tymi nerwowymi dotknięciami utrwalić w pamięci boski kształt; idealną symetrię i niedoścignioną formę, choć wiedział, że nie zdoła ich odtworzyć nawet w wyobraźni. Doskonałość jest nierejestrowalna.
– Nie bał się już ciemności czających się u zbiegu dwóch kusicielskich wąwozów. Był gotowy na pogrążenie się w tajemnicy, o której śnią młodzieńcy, marzą dojrzali mężczyźni i wspominają starcy. Uniósł ku niej głowę. Wiedział, że podążą ku najwrażliwszym miejscom.
– Nie omylił się. Natychmiast poczuł drżenie przebiegające wszystkie jej mięśnie. Naprężone dotąd Pośladki zwiotczały, jak wiotczeje mdlejąca Dziewica. Sapnął, gdy opadła z jękiem na jego Usta. Wiedział, że próbuje sprawić, by mógł sięgnął głębiej, dalej. Błagalnie nakryła, przydusiła go swoją Gorąca miękkością. Nie dał się długo prosić. Znał tą grę.
– Szybciej i szybciej. Dookoła, wzdłuż, dookoła. Zaczynało mu brakować powietrza odciętego naporem palącej skóry. Szybciej, szybciej !
I wtedy poczuł jej Usta na sobie. Zdrętwiał. Czuł jak podnoszą się wszystkie Włoski na jego ciele. Jęknął. Zesztywniał w Nagłym napięciu, ale dotyk jej spokojnych dłoni rozluźnił go w czarodziejski sposób.
– W górę, w dół, w górę, w dół.
– Szybciej, wolniej, głębiej, głębiej.
––
– Myślisz, że mogłabym się w tobie zakochać ?
– Zakochać się ? Daruj sobie wielkie słowa.
– Wielkie, ale piękne.
– Piękne jak laboratoryjna retorta. To tylko seria reakcji chemicznych.
– No, tego się po tobie nie spodziewałam.
– Dlaczego ? Zresztą jestem już za stary na takie doświadczenia. Policzyłaś moje zmarszczki ?
– Ciemno tu trochę.
– Sprytnie.
– Wiele dziewczyn lubi starszych panów.
– Wierzysz w to ? A propos, mam nadzieję, że ten epitet nie dotyczy mojej osoby.
– Och, daruj sobie fochy. Znam takie kobiety.
– Ja też. Nie bądź naiwna. To układy nie mające nic wspólnego z miłością.
– No proszę, jaki doświadczony.
– Kontrakty na czas określony.
– Dalej, dalej.
– Wzajemne świadczenie usług. On daje jej pozycję, ona mu dupy.
– A fe… Wcale tak nie musi być. Ja wierzę w miłość, bez względu na wiek.
– I bez względu na różnicę tego wieku ?
– A cóż ma do tego różnica ?
– Przecież jesteś mądra. Bycie ze sobą oprócz popijania ziółek przed telewizorem, to również zabawa, taniec, imprezki, no i wiesz.
– Skąd mam wiedzieć ?
– Wiesz doskonale. Seks.
– Nie wyobrażasz sobie miłości bez seksu ?
– Miłość młodego Wertera nudziła mnie już w szkole.
– A ja uważam, że to możliwe i słodkie.
– Pewnie masz rację. Nieważne, co zakochanemu stoi w spodniach, istotne co stoi w garażu.
– O ! Nie spodziewałam się po tobie takiego cynizmu.
– Błąd.
– A co z twoimi spodniami.
– Leżą w kącie.
– Widzę. Zupełnie płaskie.
– To, co ma stać, jest tu, na miejscu.
– Splecione ręce. Splątane nogi. PIERŚ przyciśnięta PIERSIĄTKAą i sklejone zapamiętaniem Usta. Zmierzwione Włosy i lśnienie potu na skórze. Ruchy raz szybsze, raz wolniejsze. Jęki i słowa. Dziwne, wulgarne, albo piękne.
– Wpatrywał się w jej twarz z natężeniem. Nie obchodziły go dziwne grymasy, nie do końca zrozumiałe słowa i jakby bolesne dźwięki. Wiedział, że jest na właściwej drodze, na sprawdzonym szlaku ku chwilowemu szczęściu. Poruszali się w doskonale dopasowanym rytmie; niemal scalili się w wymarzoną jedność, choć łączyło ich tak niewiele. W każdym aspekcie. Wiedział, że te chwilę są krótkie niczym życie motyla.
– Poczuł krople potu spływające mu po nosie. Widział jak lądują w małym dołku u podstawy jej szyi. Nic go to nie obchodziło. Przecież cali lepili się od potu.
–– Czuł nadchodzące skurcze w zmęczonych mięśniach, coraz bardziej rwał mu się oddech. Żadne z nich nie zawracało sobie już głowy delikatnymi i subtelnymi pieszczotami. Obejmowali i ściskali swe naprężone ciała z całych sił. Wsunął dłoń w jej Włosy. Odgiął głowę do tyłu. Niczym wampir wpił się w szyję. Zaśmiała się chrapliwie, pożądliwie. Poczuł na biodrach jej Uda, zaciskające się niespodzianą siłą, czuł paznokcie, aż do krwi wbijające mu się plecy. Nic go to nie obchodziło. Zbliżali się do końca drogi.
–– Rower mi się popsuł.
– To przykre.
– Mógłbyś chociaż spojrzeć.
– Ani myślę.
– Mężczyźni są jednak podli.
– Może i tak, ale kobiety są pozbawione odrobiny wyczucia sytuacji.
– Warto było spróbować.
– Po co ci rower, masz taką wypasioną brykę.
– Samochód jest mi potrzebny do pracy, przecież wiesz, że mam ciągle wyjazdy.
– Wiem.
– Rower to relaks. Lubię jeździć, lubię jak wiatr rozwiewa mi Włosy.
– Mhm, romantyczne, ale nudne.
– Trochę, jeśli jeździ się samemu. Mógłbyś się kiedyś ze mną wybrać w trasę.
– Ja ? Nie wiem, czy jeszcze potrafię.
– Tego się nie zapomina. Jak seksu.
– Rozumiem. Cieszę się.
– Że nie zapomniałeś jak się jeździ rowerem ?
– Akurat nie o to mi chodziło.
– Proszę, proszę, ale nie puchnij tak z dumy. Po długiej przerwie trzeba trochę popracować nad techniką.
– Pedałowania ?
– Akurat nie o to mi chodziło.
– I kto tu jest podły ?
– O, to tylko drobna złośliwość. Nie dąsaj się tak. No co, pojedziemy kiedyś ?
– Ale musiałbym jechać z tyłu.
– Dlaczego ?
– Ze względu na widoki. Jeździsz w takich krótkich szortach, czy leginsach ?
– Chłopy. Zawsze jedno w głowie. Niedługo byś się raczył tymi pejzażami.
– Z powodu ?
– Pot zalałby ci oczy.
– Z zachwytu ?
– Z braku kondycji.
– To jakaś aluzja.
– Mówiłam, że to tylko drobna złośliwość. Najlepszym sposobem, żeby zmusić mężczyznę do jakiejś pracy, jest sugestia, że być może jest już za stary, aby to zrobić.
– Dobre. Sama to wymyśliłaś ?
– Gdzieś usłyszałam. Spodobało mi się
– Myślisz, że w ten sposób skłonisz mnie do naprawy roweru ?
– I znów co innego miałam na myśli.
– Oczekiwana chwila nadeszła w najodpowiedniejszym momencie.. Już na chwilę przed oboje wiedzieli, że nadciąga. Zamarli zjednoczeni w gwałtownym Spazmie. Na moment złączyli się w jedno ciało i w jedną duszę. Przez cudowną chwilę nic ich nie obchodził cały świat i parszywe życie. Opadli w bezruchu, chcąc ten moment przedłużyć w nieskończoność. Wtulili się w siebie niczym dwoje zagubionych w lesie dzieci. I jak zawsze, już po chwili wiedzieli, że czarodziejski moment w mgnieniu oka się skończy, a obezwładniającą ulgę zastąpi dziwny smutek. Bez śladu zniknie oszałamiająca jedność. Ich ciała rozdzielą się obojętnie, jakby nigdy nie zaznały swojego dotyku. Każde z nich wróci do swojego świata; do myśli tłukących się zazwyczaj po chwilowo oszołomionych umysłach
Na razie jednak jeszcze obejmowali się kurczowo; na razie jeszcze wsłuchiwali się w coraz wolniejsze bicie swych serc.
– Zadałaś mi wcześniej pytanie.
– Tak ?
– Pytałaś się czy mogłabyś się we mnie zakochać.
– Naprawdę ? Nie pamiętam. I co mi odpowiedziałeś ?
– Wtedy ? Nic.
– A teraz ?
– Ja mógłbym zakochać się w tobie.
–– To miłe, ale szybko by Ci przeszło.
– Dlaczego ?
– Bo to tylko seria reakcji chemicznych. I nic nie stoi w twoim garażu.
– Nie mam nawet garażu.
–– Kiedy mnie teraz odwiedzisz ?
– Nie mam pojęcia, nie wszystko zależy ode mnie.
– W porządku, daj znać trochę wcześniej niż dzisiaj, burzysz mi cały harmonogram.
– Będę się starał. Jak zwykle dwieście ?
– Abonament cały czas w stałej cenie...


* KONIEC *

© Grzesio, 2018.

PoprzedniNastępny

` Strona Główna `