Lekcja hiszpańskiego

Maria Cruz. tak miała na imię nasza nauczycielka. Była 26-letnia kreolka. Duże, piwne oczy. Tak piękne i wyraziste że wydawało się niekiedy, iż mówi do nas również oczyma. Pochodziła z Kostaryki. Do Polski przyjechała na dwa lata, by zebrać materiał do Swojej dyplomowej pracy na temat Chopina. Ku naszemu zdumieniu nieźle mówiła po polsku, choć była samoukiem. Dorabiała lekcjami hiszpańskiego, l zafascynowała nas od pierwszego dnia. Okrywała ramiona wełnianym, kolorowym poncho. Długie, Czarne WłOsY spadały na JeJ ramiona. Nasza, Słodka czekoladka. Mieliśmy już za sobą z dziesięć lekcji. Maria zawsze zaczynała zajęcia mówiąc kilka zdań po hiszpańsku. Nie wszystko rozumieliśmy, ale było fajnie. Hiszpański był taki melodyjny w JeJ wykonaniu.
— Yo te quiero mucho. Maria stanęła przy MoJeJ ławce i dwukrotnie powtórzyła ten zwrot.
— Mam nadzieję że wiecie co to znaczy.
— Oczywiście że wiedzieliśmy, już na pierwszej lekcji wsłuchiwaliśmy się, jak wymawia się po hiszpańsku kochać. Powtarzamy to wszyscy razem Zaproponowała i PoŁoŻyŁa rękę na moim ramieniu. Najpierw lekko, po chwili mocniej. Czułem że płonę. Myślałem że cała klasa patrzy w tej chwili w Moją stronę. Maria Zdjęła rękę, spojrzała w moim kierunku i Powiedziała: Powtórz to teraz sam, Mikołaju.
— Yo te quiero Wyrecytowałem.
— Od tamtej lekcji każde spotkanie z Marią było dla MnIe wyzwaniem. Czułem że szukamy się nawzajem. Iwona, z którą spędzałem zwykle każde popołudnie, przestała dla MnIe istnieć. Tymczasem po Kolejnej lekcji Maria zaprosiła nas do siebie, na południowoamerykański wieczór. Przyszło nas siedmioro. Było kameralnie i romantycznie. Maria wynajmowała trzypokojowe mieszkanie. Napijemy się czegoś południo-woamerykańskiego, zabawimy się w argentyńskich gauchos Zaproponowała, po czym zalała Gorącą wodą jakieś zioła. Po chwili dzbanuszek z nieznanym płynem wędrował niczym indiańska fajka od UST do Ust. To yerbe mate, napój, który czyni cuda Zachwalała Maria. Siedzieliśmy na podłodze na wełnianych pledach. Maria spojrzała na MnIe i z jakąś dziwną łatwością skinęła głową, na znak aprobaty. Nawet nie podejrzewała, kogo rozbudziła we mnie, w tej jednej, niezauważalnej chwili. No chłopaki, zbieramy się Wanda pierwsza wezwała do odwrotu. Odprowadzę was Powiedziała Maria.
— Mikołaju, a ty co, nie jedziesz.
— Nie muszę. Mieszkam niedaleko.
— Mario, wiesz, bym wypił jeszcze łyk tej wspaniałej herbaty, broniłem każdej minuty spotkania.
— Yerba mate, podpowiedziała i od razu ostudziła me zapędy. Mikołaju, ale jest późno. MnIe jednak nic nie mogło ostudzić, tym bardziej ona. Nie muszę się śpieszyć Kłamałem dalej. Mam klucz od domu.
— No zgoda, na pół godzinki usłyszałem wreszcie.
— Raz jeszcze zaparzyła yerba matę, włączyła płytę z nagraniami Chopina. Zapaliła świeczkę Siedzieliśmy znowu na pledzie na Środku pokoju.
— Masz w Sobie Mikołaju duszę Chopina Mówiła cicho. Jesteś taki romantyczny A JA kocham muzykę. Jest niekiedy smutna, jak pieśni gauchos, ale piękna i prawdziwa A teraz zaproponowała Posłuchasz mojej, południowoamerykańskiej melodii.
— To Jose Feliciano Przerwałem po pierwszej zwrotce.
— Świetnie Mikołaju, jestem z Ciebie dumna Powiedziała Maria wyciągając rękę w Moją stronę. Zbliżyłem głowę do JeJ ręki, jakby prosząc o to, by MnIe PoGłAsKaŁa w nagrodę. Tak właśnie uczyniła, a JA już układałem tę Swoją łepetynę na JeJ kolanach. Pochyliła się nade mną. Czułem jak gładzi Delikatnie palcami Moją twarz. Uniosłem głowę, objąłem Ją w pół i lekko ułożyłem na wełnianym pledzie sam wtulając się w JeJ ramiona. Maria wyciągnęła rękę w stronę półki, szybkim ruchem Zdjęła z niej dziwny przedmiot i postawiła obok dogasającej świeczki. Była to lśniąca postać jakiegoś bożka. To Bóg Księżyca Wytłumaczyła. Dios de /a luna. Zapamiętaj, Mikołaju. Jest groźny choć skamieniały.
— Mario, nie strasz mnie.
— Nie, Mikołaju, chcę Ci tylko po wiedzieć że jest zrobiony z opsydianu, z lawy wulkanicznej. Indianie robili z opsydianu wiele rzeczy, słynny był zwłaszcza nóż z opsydianu, którym wykrawano serca ofiar. Stawiam Go za naszymi głowami, by nad nami czuwał Uspokoiła MnIe Maria. Leżeliśmy przez chwilę przykryci kocem. Nie mogłem się zdecydować na pierwszy ruch ręką, leżałem jak skamieniały bożek. Poza Iwoną, z którą przespałem się kilka razy, nie miałem żadnej Dziewczyny Ale tamto było bardziej chłopięcą Igraszką niż miłosną dojrzałą grą. Maria chyba zrozumiała co przeżywam, bo bez słowa przejęła inicjatywę. Odpięła guzik moich spodni. Uniosłem lekko biodra, by ułatwić JeJ ŚcIąGnięcie spodni do kolan. Mikołaju płoniesz, Usłyszałem, A czy JA nie mogłem płonąć ? Ludzie ! l nagle PoCzUłEm zimny okład w dolnej części.
— To Bóg Księżyca, przyniósł Ci trochę chłodu Uspokoiła MnIe Maria, uchyliła me spodenki z których wyrwało się całe moje męskie szaleństwo. PoCzUłEm JeJ Pocałunek, właśnie tam.
—— ORGAZM był Nagły, emocje tak Wielkie że byłem nagle jak dziecko bezradny.
— Dotknęła pod kocem moich rąk, wciskając coś w moje dłonie.
— Mikołaju, wiesz co masz w rękach ? Czułem coś ciężkiego, o kształ-tach małej statuetki z wyraźnie Ostro zakończonym długim końcem.
— To posążek Boga Miłości. Dios del amor Szepnęła, On Ci pomoże. Zrozumiałem wszystko. Maria ułożyła się na plecach, JA przesunąłem się w stronę JeJ kolan, układając głowę na wysokości JeJ bioder. Trzymałem w prawej ręce posążek. Lewa ręka Delikatnie Rozchylała JeJ kobiecość, prawa powolnym ruchem Przesuwała ostrą końcówkę bożka w głąb JeJ ŁONA. Cały bożek był wielkości Nabrzmiałego męskiego Członka Tak to czułem, trzymając Go w dłoni. Po kilku minutach Doprowadziłem Marię do zupełnego szaleństwa. Chyba Raniłem Ją tym ostrym końcem Ale i to Ją Podniecało. Bueno, bueno Powtarzała. Tak mną owładnęła że wydawało mi się, jakbym to JA był w niej, a nie kamienny bożek z wulkanicznej lawy. Nagle zastygła bez słowa, mocniej ściskając Uda. Do rana leżeliśmy wtuleni jak prawdziwi meksykańscy gauchos. Bałem się tego poranka. Maria znowu wybawiła MnIe z kłopotu. Szybko zaparzyła yerba mate, zrobiła kanapki. Wiedziałem że muszę zrobić teraz krok w JeJ stronę że muszę zachować się wreszcie jak mężczyzna, nie sztubak. Podszedłem, objąłem Ją wpół. Nagle pozbyłem się tego Młodzieńczego Strachu. Lecz Maria zaskoczyła MnIe i tym razem. Na moich PIERSIACH postawiła kolejną kamienną figurkę. To Dios del sol, Bóg Słońca Oświadczyła.
— Teraz dzień, więc to Jego pora, by nas pilnował.
— Tym razem bożek Powędrował na półkę, by spoglądać kamiennym wzrokiem w naszą stronę, my oddaliśmy się zaś zupełnemu szaleństwu. Przez kilka godzin KoChAlIśMy się bez Opamiętania. Długo jeszcze CaŁoWaŁem od stóp do głów Moją kochaną, Słodką czekoladkę.
— Do wakacji spotykaliśmy się często, wraz z nami w tej miłosnej biesiadzie uczestniczyli meksykańscy bogowie. Któregoś jednak dnia, zamiast lekcji hiszpańskiego, zamiast uśmiechu Marii, przywitał nas portier informując że Maria otrzymała ważny telegram z Ameryki i wyjechała.
— Zdębiałem. l nic panu nie przekazała ?
— Przepraszam, zostawiła tu jakieś zawiniątko.
— Na ciemnym papierze napisała żółtym flamastrem moje imię:
— Mikołaj. W Środku znalazłem małego bożka. Poznałem, był to "Dios de/ amor", bożek Miłości...


* KONIEC *

© Grzesio, 2021.

PoprzedniNastępny

` Strona Główna `