Morska

Byłem rozbity po niedawnym rozwodzie: sąd Ewie przyznał Marcina, z którym mogłem się widywać tylko raz w miesiącu. To bolało Reszta: wysokie alimenty, strata domu i napady depresji niewiele MnIe obeszły. Zresztą miałem z czego żyć: interesy szły wspaniale; kancelaria prawna, której byłem współwłaścicielem funkcjonowała jak dobrze naoliwiona maszynka do zarabiania pieniędzy. Mimo tego fatalny nastrój nie Opuszczał MnIe właściwie ani na chwilę. I właśnie Edek, mój wspólnik, zaproponował, bym wyjechał odpocząć.
— Weź auto, trochę forsy i jedź nad morze. Odpoczniesz, zapomnisz choć trochę. Dam Sobie radę bez Ciebie.
— Wiem że dasz Odburknąłem, bo nie miałem specjalnej Ochoty pchać się taki kawał z niejasną perspektywą odpoczynku.
— Tego lata pogoda była nadzwyczajna: w nocy chłodno, w dzień upały dochodzące do 35 stopni w cieniu. Po tygodniu bezcelowego pałętania się po firmie i nocach, które Mimo chłodu Nie przynosiły mi wytchnienia, skapitulowałem.
— Jutro wyjeżdżam Oznajmiłem Edkowi.
— No nareszcie, będzie dobrze, zobaczysz Ucieszył się. Dokąd ?
— A gdzie koła poniosą Wzruszyłem ramionami.
— Wiesz, dwa lata temu byliśmy z Marzeną w Łukęcinie. To dziura, niedaleko Kamienia Pomorskiego, ale nie ma dużo ludzi, a plaże są całkiem przyjemne.
— Może być Łukęcin Zgodziłem się.
— Zabrałem trochę rzeczy, trochę drobiazgów, telefon, kartę kredytową i nazajutrz popędziłem do nadmorskiej oazy odpoczynku. Jechałem szybko, niedziela Nie było tirów, za to tirówek zatrzęsienie. Zjadłem coś na kształt frytek z czymś, co przypominało tłusty szaszłyk w barze przy stacji benzynowej przed Ostrowem, popiłem niespodziewanie dobrą kawą, spełniłem nawet dobry uczynek podwożąc jakąś kobiecinę z Jarocina do Poznania i wczesnym wieczorem zameldowałem się na głównej ulicy Łukęcina. Główna ulica to brzmi dumnie, cały Łukęcin to dwie niewielkie, krzyżujące się ulice z rozsianymi wzdłuż nich pensjonatami i ośrodkami wypoczynkowymi. Przekrzykujący się koloniści, stateczne pary z dziećmi wędrujące między sklepikami a smażalniami ryb i gofrów, Młodzież obsiadująca barowe stoliki zastawione piwem: nie przypominało to w niczym spokoju, o którym mówił Edek. Dopiero po chwili załapałem że przecież całe to niby bujne życie towarzyskie skupia się na długości nie większej niż 200 metrów. Nawet jeśli wczasowiczów było niewielu, musiał tu panować tłok.
— Na skrzyżowaniu Trochę machinalnie Skręciłem w lewo. DW Skrzat Nie pewnie zatrzęsienie kolonistów, dalej socjalistyczny z wyglądu Wrzos i skończył się asfalt. Nagle dostrzegłem tabliczkę OW AGH, więc postanowiłem zobaczyć, czy u krajan nie ma wolnych miejsc. Nie miałem znajomych na AGH, toteż nie obawiałem się natrętnego towarzystwa. Okazało się że moje ewentualne obawy były przedwczesne: to był zamknięty ośrodek przeznaczony wyłącznie dla pracowników uczelni. Recepcjonistka poradziła mi, bym poszukał czegoś w sąsiedztwie. Obok był pseudoobóz harcerski Wyrosłem z namiotów ładnych parę lat temu. Dalej OW Las Kilkanaście drewnianych domków rozrzuconych w sosnowym lesie Akurat była właścicielka.
— Ależ ma pan szczęście Odparła, gdy Spytałem o miejsce. Właśnie dostałam telefon że państwo Krajewscy rezygnują: jakieś kłopoty zdrowotne. Tylko że to duży domek, z kuchnią i łazienką, więc i cena wyższa.
— Biorę w ciemno Marzyłem o zimnym prysznicu.
— W łazience była najprawdziwsza że liwna wanna, a nie standardowy prysznic. Nie spodziewałem się takiego luksusu Z zadowoleniem Zanurzyłem się w chłodnej wodzie. Odświeżony postanowiłem sprawdzić, jak dają tu zjeść i wypić. Standard. Kilkanaście małych punktów, wszystkie pod parasolami. Zjadłem karmazyna z frytkami i popiłem piwem z beczki. Niczego sobie. Nagle usłyszałem muzykę: po drugiej stronie głównej uliczki człowiek-orkiestra produkował się na podwyższeniu USTAWIONYm w sporej tańcbudzie. Zdaje się że usiłował fałszować Waterloo Abby. Podszedłem. Zagrał Baw się razem z nami StWiErDzIłEm że śpiewanie po polsku szło mu dużo lepiej. Kilkanaście drewnianych stołów z ławami, kawał placu Można zjeść, wypić i zatańczyć. Było pustawo. Zamówiłem grolscha i usiadłem przy wolnym stole. Siedziałem, sączyłem zimne piwo i słuchałem. Nie myślałem o niczym. Kończyłem drugi kufel, gdy pojawiła się ona. Na pewno nie była modelowo piękna; w dzisiejszych zwariowanych czasach, jeśli nie jesteś wysoką, PIERSIastą, a przy tym chudą Dziewczyną nie możesz uchodzić za piękność. Niewysoka, opalona wręcz nieprzyzwoicie, jasnozielone oczy, Delikatnie piegowata twarz, drobne PIERSI, długie i gęste ciemnoblond WłOsY spływały aż do, Ostro wciętej, talii. Elektryzująca To właściwe słowo. Nie miałem Ochoty na żadną wakacyjną przygodę, nie po tym wszystkim, co niedawno przeszedłem. Tyle że to nie JA decydowałem. Podeszła prosto do Mojego stołu.
— Można się przysiąść. i nie czekając na odpowiedź zajęła miejsce naprzeciwko.
— Zatańczymy. Spytała po chwili milczenia.
— Cóż było robić Nie wypadało odmówić. Człowiek-orkiestra sentymentalnie zawodził Bo do tanga trzeba dwojga, gdy wchodziliśmy na klepisko Udające parkiet. Byliśmy jedyną parą. Tańczyła nieźle, ale miałem już lepsze partnerki. Żadna jednak tak nie pachniała. Morze, słońce, sól, nagrzana skała, wiatr. Tańczyliśmy, wracaliśmy do stołu pociągnąć w milczeniu trochę piwa i znów tańczyliśmy. Rokendrole, wolne kawałki, ragge, pop, fałszowane i grane całkiem przyzwoicie. Nie dowiedziałem się prawie niczego o MoJeJ partnerce Wszystkie moje Pytania zbywała półsłówkami. Podczas tańca nuciła pod nosem, a Robiła to znakomicie: niezależnie od utworu czuć było w JeJ śpiewie przestrzeń, tęsknotę i przyzywanie. Powoli traciłem głowę i nie był to efekt wypitego alkoholu. W czasie którejś z krótkich przerw PoSzEdŁeM do polowej ubikacji. Gdy wróciłem, Dziewczyny nie było; ostał się tylko pusty kufel. Zegarek wskazywał minutę po północy.
— Kopciuszek czy co. Przemknęło mi przez głowę. Czekałem pół godziny w nadziei że gdzieś się zawieruszyła, ale bez efektu.
— Wracałem przez las powtarzając w myślach i na głos JeJ imię. Irena, Irena, Irena. Właściwie niczego więcej o niej nie wiedziałem.
— Kolejne dni były podobne do siebie: do i po południu plaża, wieczorem Daremne oczekiwania w tańcbudzie nad szklanką piwa i tacką frytek. Nie pojawiła się przez kolejnych pięć wieczorów. Wreszcie doczekałem się. Weszła. Z ledwo maskowanym napięciem obserwowałem, co zrobi. Wzięła kufel i Podeszła do Mojego stołu.
— Można się przysiąść A właściwie chodźmy od razu zatańczyć.
— Tańczyliśmy jak poprzednio. Przytulałem się bezczelnie, by móc chłonąć JeJ Zapach. Bo znów pachniała jak żadna inna Kobieta. I nuciła jak żadna inna Kobieta.
— PoSzEdŁeM do szynkwasu po następne piwa. Gdy wróciłem, Dziewczyny nie było, Spojrzałem na zegarek Wskazywał minutę po północy. Skląłem się w duchu za Swoją lekkomyślność. Nadaremnie odczekałem chwilę, po czym w ponurym nastroju wróciłem do domku.
— Kończyłem wycierać się po kąpieli, gdy ktoś Zaczął dobijać się do tylnych drzwi. Pośpiesznie owinąłem się ręcznikiem i PoSzEdŁeM otworzyć. Na schodku stała Irena. Przez otwarte drzwi wdarł się szum morza i piękna Dziewczyna. Niemalże wepchnęła MnIe do saloniku. Bez słowa zrzuciła luźną sukienkę: nie miała niczego pod spodem. Mój ręcznik również usiłował opaść, ale zaczepił się na Sterczącym Ostro kubusiu. Runęliśmy na Rozłożoną wersalkę. Błądziłem Wargami po JeJ powiekach, policzkach i szyi; koniuszkiem Języka Drażniłem wnętrza drobnych uszu i Sutki drobnych PIERSI.
— Dziewczyna nie pozostawała mi dłużna: CaŁoWaŁa twarz, mierzwiła czuprynę, długimi włosami Drażniła Moją oszalałą skórę. Prze łóżko przetoczył się prawdziwy pojedynek na USTA, WłOsY i Języki. Opętanie. Leżałem na prawym boku, Irena swą prawą nogę przerzuciła niemal za moje plecy; przylgnęliśmy do siebie i nagle nasze ciała stanowiły jedno. Zanurzyłem się w Ciepło JeJ rozchylonych ud. Powolne wynurzenie i znów wędrówka wgłąb. Falowanie. Poruszaliśmy się w rytm fal atakujących nieodległą plażę. Fala za falą. Wreszcie spienione morze wdarło się do Spragnionej groty. Zwiotczała przy moim boku. Jeszcze chwilę leżeliśmy bez ruchu odpoczywając po satysfakcjonującym wysiłku, by w końcu rozdzielić się na dwa ciała. Nad nami unosił się Zapach morskiej soli. Zasnąłem.
— Wcale nie byłem zdziwiony, gdy po przebudzeniu nie znalazłem Dziewczyny koło siebie. Widocznie lubiła znikać. Jak zwykle było upalnie, więc jak zwykle PoSzEdŁeM na plażę. Po chwili wylegiwania się postanowiłem popływać na leniucha. Nadmuchałem materac, ległem wygodnie i wypłynąłem na przestwór oceanu. Na wodzie słońce nie dokuczało tak bardzo, łagodna fala kołysała mile materac ze mną na pokładzie. Zamknąłem oczy wsłuchany w Delikatny szum wody.
— Obudził MnIe cudowny śpiew. Trochę nieprzytomny rozejrzałem się wkoło: dobiegał z małej skalistej wysepki samotnie wynurzającej się z morza. Wystająca skała Zasłaniała śpiewaczkę. Opłynąłem cypel. Na kamieniach leżała Irena i śpiewała jakąś smutną pieśń w nieznanym mi Języku. Była Naga. Wyciągnęła ręce z przyzywającym geście. Zafascynowany Wyszedłem na brzeg. I dopiero wtedy dostrzegłem gruby, rybi ogon.
— Irena, Irena Zaskowyczałem. Patrzyła na MnIe zielonymi oczami, czułem JeJ Zapach i zamęt w głowie. Pochyliłem się. Przywarła do moich Ust.
— Następnego dnia w Głosie Pomorza ukazała się krótka notatka pt. Kolejna ofiara lekkomyślności. Wczoraj w okolicy Łukęcina zaginął mieszkaniec Krakowa Jan K. Jan K. Znany prawnik Prawdopodobnie zasnął pływając na materacu, który wiatr zniósł na pełne morze. Poszukiwania prowadzone przez jednostki ratownictwa morskiego z użyciem helikoptera nie dały rezultatów...


* KONIEC *

© Grzesio, 2021.

PoprzedniNastępny

` Strona Główna `