Śmierć Witkacego

Gdy jeszcze odgłosy stacji radiowych szumiały w wyłączanych głośnikach, poczuł jak Ciepłe promienie słońca wstającego wolno za oknem pokoju Drażniły Go w kark. Czuł ich dotyk na nieprzystrzyżonych Włoskach na szyi. Siedział nieruchomo wpatrzony w pustą biel ściany. Gwoździe, jedyne pozostałości po wywiezionych obrazach, rozpraszały Jego uwagę, przywołując co chwila na myśl wspomnienia wieczoru. Wieczoru, gdy ostatnia część pakunków odjechała na ciężarówkach.
— Oparł stłuczony łokieć o blat stołu, lecz piekący Ból kazał mu Go natychmiast podnieść. Rozmasował Go i poprawił bandaż. Jeszcze wokół zabandażowanej rany widoczne były zadrapania, jakie wyrządził spadający obraz. Na skaleczenie zwrócił uwagę dopiero, gdy podniósł z Mokrego bruku nieszczęsne płótna. Szczęśliwie żadne z nich nie zamokło na tyle, by pozostały jakieś widoczne ślady. Za to łokieć ze skórą zdartą do żywego mięsa, dokuczliwym Bólem przypominał o sobie.
— Krzesło było wyjątkowo niewygodne, ale w pustym pokoju wypełnionym tylko bielą ścian nie było innego. Jeszcze wpatrywał się w odbiornik radiowy, ale ten już milczał. Od kilkunastu dni nic innego nie usłyszał, jak tylko informacje o czołgach, samolotach i bombach. Nakazywano kierować się na południe. Przynajmniej z początku, bo potem wyszło na jaw że ten kierunek nigdzie nie zaprowadzi. Jedynie w nocy głośniki milczały, bo nawet spikerzy musieli odpocząć. Miasto trwało w swoim bezruchu, jak to było na długo przed wszystkim co teraz się działo Ale gdy zapadały ciemności, stawało się tak ciche i bezszelestne, jak nigdy dotąd i to jednoznacznie świadczyło o tym że coś jest nie tak. Stąd też pojawił się pomysł by wywieźć wszystko z mieszkania po zmroku. Nie dosyć że miało być bezpieczniej, to i nikt nie zadaje niepotrzebnych Pytań. Jeszcze długo w pamięci będzie miał nieprzespane noce, spędzane na targaniu dziwacznych rzeczy, o jakich istnieniu On sam już dawno zapomniał.
— Dzisiaj w końcu wywieziono ostatnie przedmioty. Starą wazę chińską, która jest zapewne już nic niewarta. Kilkanaście obrazów wraz z ich duszącym aromatem, który przyprawiał Go ostatnio o zawroty głowy. Do tego jeszcze masa innych drobiazgów, bez których dotychczas się obywał, ich brak w tej chwili sprawiał że mieszkanie nie było już niczym innym jak pustym pomieszczeniem. Tak rażąco białym że gdyby nie wyraźnie kontury stołu, ten również zlałby się w jedno ze ścianami i zniknąłby bez śladu. Przynajmniej do momentu, gdy po ciemku i na własnej skórze przekonałby się że pokój jednak nie jest tak pusty, jak oczy zdają się sugerować.
— Rozejrzał się po pomieszczeniu. "Tam, na lewo stało łóżko" Pomyślał. Na nim powinna leżeć ona, wpatrując się nieprzytomnie w gładką powierzchnię muru. Przerwany nagle sen wracałby do niej, zamykając JeJ powieki i czekając, aż znów mu ulegnie. Gdyby On nie spał już o tej porze, zechciałoby mu się narysować Delikatne linie JeJ ramion pokryte siateczką kresek Zmarszczek i w ten sposób skonfrontowałby ten obraz z nijakością ściany. Ta ściana. Dręcząco biała. Odmieniał nazwę tego koloru przez wszelkie możliwe przypadki, czekając na to, aż trafi na ten właściwy. Biała, Białej, Białą.
— Słońce coraz śmielej zaglądało przez okno i drapało Go coraz uporczywiej w kark. Każde Jego muśnięcie przywodziło mu na myśl wiadomości, które usłyszał wchodząc do pomieszczenia. Usiadł wtedy na krześle tak, jakby jakiś głaz spadł mu niespodziewanie z serca. Poczuł nadzwyczajną lekkość, jakiej odczuć od dawna nie było mu dane. Wtedy też dostrzegł że sufit Jego mieszkania na poddaszu jest również biały.
— Radio milczało, ale swoimi kanciastymi kształtami nie pozwalało zapomnieć o swoim istnieniu. Jeszcze zanim zamilkło, usłyszał głos spikera informujący: że Kolejne oddziały armii niemieckiej zajęły któreś z wojewódzkich miast; o śmierci artysty o świcie; o konieczności sporządzenia Sobie odpowiedniego ekwipunku na wypadek ewakuacji; o padnięciu jakichś stanowisk przygranicznych na wschodzie oraz o zburzonych sierocińcach, na które spadły bomby.
— W tym momencie Kobieta powinna unieść ramię. RoZcZeSaŁaby sklejone włosy, które opadłyby JeJ na policzki. Podciągnęłaby kołdrę, by skryć się przed porannym chłodem pomieszczenia. On wstałby, by napalić w piecu. Trzask palącego się drewna docierałby z dołu aż tutaj. Rozrywałby ciszę, gasząc ostatnie tego roku, nieśmiałe odgłosy ptaków. Zapewne wyjrzałby za szyby i gdzieś pomiędzy konarami drzew spostrzegłby spłowiałe pióra z Delikatnymi wzorkami, ukrywające się pomiędzy żółknącymi liśćmi.
— Stół zawibrował tak, jakby radio samo miało się włączyć. W eterze musiały rozbrzmiewać po raz kolejny informacje o Niemcach, Rosjanach, artyście i pracach miejskich. Pogładził pokrętło pod podziałką częstotliwości. Słońce prażyło odbitymi przez szyby promieniami, więc postawił Sobie kołnierz na sztorc, gdyż szyja zaczynała mu piec od nadmiaru Ciepła. Żałował że nie ma lustra, by przejrzeć się w nim i zobaczyć jak wygląda Albo najlepiej dwóch, by móc zobaczyć siebie z profilu. Lub trzech Miałby wtedy spojrzenie na dwa profile A gdyby miał cztery to mógłby również spojrzeć na siebie od tyłu to byłby rewelacyjny pomysł Nie musiałby się kręcić, by przyjrzeć się Sobie z każdej strony. W jednej chwili widziałby siebie wokół siebie, siebie dla siebie i siebie w sobie. Dostrzegałby najdrobniejszy szczegół, drgnięcie mięśnia na szyi lub poruszenie lewego ucha.
— Choć pewnie Ona by narzekała że promienie słoneczne odbiją się ze wszystkich stron i oślepiają ją. Miałby w tym trochę racji Ale przecież można zasłonić okno i postawić lampę A gdyby lustra były wystarczająco wysokie, mogłyby ogarnąć całą JeJ postać owiniętą jedynie prześcieradłem. Stałaby do Niego tyłem, eksponując Delikatną skórę pleców, odrobinę za wysoko uniesioną prawą Łopatkę i ramię A w lustrze naprzeciwko wpatrywałaby się w Jego błądzące oczy. Nie musiałaby się odwracać, by stać przed nim. Mogłaby wtedy podciągnąć bardziej prześcieradło, by skryć przed nim Swoje Ciało i tym samym zmusić Go do podejścia bliżej.
— Zacząłby się wiercić na krześle tak, jak zrobił to teraz. Próbowałby dostrzec JeJ lekko rozstawione stopy i pochyloną sylwetkę. Skrzypienie drewnianych nóg wywoływałoby dreszcze.
— Podrapał się po przedramieniu, by złagodzić gęsią skórkę wywołaną nieprzyjemnymi odgłosami. Starał się siedzieć nieruchomo, ale im bardziej skupiał się na zachowaniu bezruchu, tym mniej się to Udawało. Krzesło było zbyt stare by nie trzeszczeć. Podobnie zresztą jak stół, który uginał się pod ciężarem stojącego na nim odbiornika. W metalowej powierzchni podziałki częstotliwości odbijało się słońce, a w zniekształconym obrazie dostrzegł niewyraźne zarysy drzew w ogrodzie. Zastanawiało go, czy te radzieckie czołgi skrywają się za drzewami czy pod nimi. Gdyby stały za nimi, to kamuflaż działaby tylko w jedną stronę A ukrycie się pod Jego konarami, groziło przygnieceniem w razie trafienia w pień przez przeciwnika. Zapewne ich lufy przypominają rewolwery wyłaniające się zza zasłony Tak jak to bywa w filmach kryminalnych. Podniósł leżący obok pistolet. Wypolerowana lufa również odbijała promienie.
— Ona zapewne kazałaby Go schować. Nie spodobałby się JeJ Jego kolor i kształt. Rękojeść również wzbudzałaby zastrzeżenia. JeJ biała powierzchnia nie pasowała do srebra lufy. Zwyczajnie, estetycznie nie pasowała. Broń była obrzydliwa. Dopiero gdy Ona zwróciłaby uwagę, pojąłby jak jest Ona odpychająco brzydka. Żałowałby że Ją kupił. Że tyle pieniędzy wydał na tak bezgustowny przedmiot. Że po prostu Go ma.
— Kształt bębenka też nie był idealny. Nierówności w ukształtowaniu komór raziły przy bliższym przyjrzeniu się. Wszystko w nim jest takie niekształtne, nieregularne, odpychająco niesymetryczne. Niesymetryczna broń. Cóż za pech że akurat na nią musiał trafić. Myśl o JeJ użyciu napawało Go odrazą. Gdy trzymał Go w dłoni, ta zaczynała Drżeć z odrazy. Opuścił rękę.
— Dolna część rękojeści uderzyła o blat, a dźwięk jaki przy tym wydobył się ze spróchniałego drewna stołu, przypominał uderzenia młotka w prawie już wbity gwóźdź. Powtórzył jeszcze raz tę czynność, by wsłuchać się w dźwięk jaki tkwił mu w pamięci od dawna.
— Powtórzył po raz kolejny, a potem jeszcze raz.
— I jeszcze.
— Monotonny odgłos uderzeń zlewał się z echem radiowych wiadomości. Przypominało to odgłosy kucia w zakładzie kowalskim, gdy dziesiątki rąk pracują nad najróżniejszymi, metalowymi elementami jakiejś machiny. Dźwięk stawał się niemal melodyjny, a gdyby dodać do tego odgłosy w tle, powstałaby zapewne jakiegoś rodzaju symfonia. Poczuł dziwną fascynację tym że coś tak odpychającego jak ten pistolet, potrafi wywoływać tak niesamowity dźwięk.
— JeJ by się to nie spodobało. Kazałaby mu przestać uderzać o stół i poleciłaby odłożyć to paskudztwo. On zapewne by nie przestał. Było to zbyt hipnotyzujące, za bardzo przypominało znane od dawna dźwięki, by można było z tego tak łatwo zrezygnować. Nie przestałby mimo JeJ usilnych nalegań.
— A gdyby jednak zamilkł, to Ona wstałaby z łóżka. Usiadłaby na blacie obok radia. JeJ Delikatne dłonie wyjęłyby broń z Jego rąk. Lekko uderzałaby stopą w Jego kolano, niemal w ten sam rytm, w jakim uderzał On o stół A gdyby On jednak, mimo wszystko nie oddał JeJ broni.
— Uniósł głowę. Sufit był niski, a na bieli czerwień Krwi zarysowywałaby się niezwykle ciekawie. Nie miał jednak pewności, czy rozrzut byłby wystarczająco silny. Pewnie gdyby przystawił Sobie lufę do podbródka, istniała szansa że tak się stanie Ale to mogło nie poskutkować. Lepiej by wziął wylot lufy do Ust. Wtedy co prawda Czerwona plama wyląduje na ścianie, ale to także może być interesujący widok. Tylko że z drugiej strony jest okno. Trzeba się odwrócić, by Krew nie WyLąDoWaŁa na szybie. Odwrócić się do słońca.
— Ona Powiedziałaby że nie warto na nie patrzeć. Nadal uderzałaby Go w tym czasie stopą, Drażniąc lekko Jego kolana. Powiedziałaby że lepiej niech popatrzy na nią. Odsunęłaby pistolet gdzieś daleko na drugi kraniec stołu. Wpatrywałaby się w niego, wciąż powtarzając rytm, jaki On zapoczątkował.
— Powiedziałaby że ma takie ładne włosy. Choć trochę mu się posklejały od snu, od potu. RoZcZeSaŁaby JE palcami, poprawiłaby mu kołnierzyk. Mówiłaby coś jeszcze. Spokojnie, spoglądając przez niego. Zapięłaby mu guzik pod szyją. JeJ głos byłby uspokajający. Może mu powtarzać poranne wiadomości. JeJ altu słuchałby z Przyjemnością. CaŁoWaŁby JeJ dłonie, gdy Ona mówiłaby mu o wschodnich przyczółkach granicznych. Bawiłby się JeJ palcami, lekko by ugryzł Ją w kciuk, a Ona zaśmiałaby się przerywając wiadomość o śmierci artysty. Kazałaby mu się odwrócić, by mogła rozmasować mu obolały kark. Zrobiłby to, choć zapewne uderzyłby łokciem o radioodbiornik (co zawsze mu się zdarzało). Wpatrywałby się we wschodzące słońce, a Ona muskałaby mu Płatki uszu, policzki a potem szyję, lekko wędrując opuszkami palców po podrażnionej skórze.
— Gdy ona, zachowując uspokajający rytm, Rozsunęłby mu kołnierzyk i ułożyłaby dłonie na Jego Nagich barkach, On spojrzałby daleko przez okno. Już nie w słońce, które rozgrzewałoby mu do Czerwoności policzki, ale na dalekie, Nagie drzewa. Trzy dęby Ogołocone z liści, pochylone nad ziemią Drżały nielicznymi gałęziami, jak szubienice na odległej cytadeli. JeJ palce kazałyby mu zapomnieć o słońcu, a JeJ głos, przekazujący Kolejne zasłyszane wiadomości, pozwoliłby mu odpocząć. Zamknąłby powieki, a ciemność pod nimi zaczerwieniłaby się od promieni padających na oczy...


* KONIEC *

© Grzesio, 2021.

PoprzedniNastępny

` Strona Główna `