W poszukiwaniu straconego seksu

Albert podszedł do drzwi i nacisnął dzwonek, który odpowiedział mu świdrującym i nieprzyjemnym, lecz dobrze znanym dźwiękiem. To jedno nie zmieniło się od 10-lat, kiedy jako ledwie nastoletni chłopak spędzał tu wakacje.
— Przez ten czas dom państwa Welfow (znajomych rodziny Alberta), wówczas nowo wybudowany zdążył zestarzeć się, sczernieć i wybrudzić a jego ściany w dużej części obrośnięte były przez bluszcz. Lecz dzwonek brzmiał identycznie, momentalnie uruchamiając w umyśle Alberta lawinę wspomnień. Drzwi otworzyły się, stanęła w nich kobieta w średnim wieku.
— W czym mogę pomoc ? Zapytała się uprzejmie.
— Czy mógłbym rozmawiać może z Panem Markiem Welfem
— Nie, Państwo Welf sprzedali ten dom kilka lat temu, mogę Panu podać do nich telefon.
— Nie, nie trzeba. Odpowiedział Albert. To nic pilnego. Rzeczywiście tak było, miasteczko Linton znajdowało się po drodze jego służbowej podroży. I tak musiał zrobić sobie przerwę, więc na odpoczynek wybrał miejsce, gdzie niegdyś spędzał wakacje. Choć bardzo dobrze wspominał Welfów, nie specjalnie zależało mu na rozmowie z nimi.
— Pożegnawszy się z gospodarzami Albert postanowił pojechać na stację benzynową, która niegdyś stanowiła swoiste centrum życia w Linton i wszystko wskazywało na to że nic się pod tym względem nie zmieniło. Po kilku minutach jazdy zatrzymał się na niewielkim parkingu przy stacji i wysiadł ze służbowego Forda Escorta, przesyconego mdłym zapachem, charakterystycznym dla nowego samochodu.
— Na dzisiejszy dzień miał naprawdę dość podróży. Rozglądając się dookoła ujrzał afisz restauracji, momentalnie stwierdził że zgłodniał i wypadałoby przegryźć coś przed dalszą drogą. Bar wyglądał jak wyjęty prosto z lat 80-tych, lecz Albert nie mógł go sobie przypomnieć. Zamówił hamburgera za pięć dolarów i usiadł na przypominającym autobusowy fotel krześle. Z zamyślenia wyrwała go kelnerka, która przyniosła mu posiłek.
— Albert podziękował i już miał zabrać się do jedzenia, gdy ich spojrzenia spotkały się, było to uczucie, jakby nagle poraził go prąd. Dziewczyna uśmiechnęła się i wróciła do baru. Albert nie potrafił tego wyjaśnić. Jedząc hamburgera intensywnie zastanawiał się, skąd mógł ją znać, lecz nic nie przychodziło mu do głowy. Skończywszy posiłek poszedł zapłacić, tym razem z kelnerką dłużej popatrzyli sobie w oczy, Albert już miał zapytać, skąd może ją znać, lecz zrezygnował. Zdecydowanym krokiem skierował się do wyjścia. Gdy otwierał drzwi, w radiu, grającym tak cicho że ledwie było je słychać, zaczął iść pewien spokojny utwór. Albert nie znał tytułu, ani nawet wykonawcy, lecz momentalnie przypomniał sobie wszystko. Odwrócił się na pięcie, tak gwałtownie że jego płaszcz niemal został jeszcze w swoim dawnym położeniu, gdy szedł już w kierunku kelnerki.
— Była to dziewczyna, zupełnie mu nieznajoma, z którą całował się dziesięć lat temu na potańcówce u kolegi, przy dźwiękach utworu, który szedł właśnie teraz w radiu. Miała na imię Alicja, właściwie było to jedyne słowo, jakie usłyszał od niej tamtego wieczoru.
— Zaraz, jak skończyli ze sobą tańczyć Albert zgubił ją a później upił się i stracił przytomność. Gdy się wreszcie obudził nie było JeJ a ani gospodarz, ani nikt inny nie wiedział, kim była i gdzie JeJ szukać. Zastanawiał się nawet, czy działo się to wtedy naprawdę, czy był to po prostu sen.
— Lecz teraz stal naprzeciw Alicji a JeJ wyraz twarzy świadczył że rzeczywiście była to TA dziewczyna. Wyglądała tak pięknie iż Albert stwierdził że cokolwiek powie do niego i tak zepsuje wrażenie, jakie wywiera stojąc i intrygująco się uśmiechając. Miała proste, rude włosy, była średniego wzrostu. Posiadała wspaniałą figurę, lecz tym, co czyniło ją tak idealnie piękną były oczy; ciemno zielone, pełne niesamowitej głębi. Takie zapamiętał je dziesięć lat temu i od tego czasu obraz ten nieraz wracał do niego w snach.
— Witaj Alicjo. Powiedział zaskakująco niepewnym, drżącym głosem.
— Witaj. Długo stali naprzeciwko Siebie, nie wiedząc, co robić. Dawno Albert nie był tak speszony. W końcu Alicja się powiedziała że zbiera się właśnie do domu i czy nie dałoby się JeJ podwieźć. Albert zgodził się, choć był z tego bardzo zadowolony starał się nie okazywać entuzjazmu. Myślał właśnie o swojej partnerce - Terry - studentce pochodzenia azjatyckiego, która czekała na niego w ich apartamencie w San Francisco. Nie była to wielka miłość, jego pierwsza ani ostatnia dziewczyna, lecz myśl o niedochowaniu JeJ wierności wręcz obrzydzała go.
— W drodze konwersacja z Alicją rozkręciła się, rozmawiali między innymi o tamtej dyskotece oraz o tym, czym się teraz zajmują. Kilka kilometrów, które dzieliły ich od celu podróży pokonali w wydawałoby się dosłownie chwilkę. Gdy już się zatrzymali a Alicja wskazała swój dom ręką Albert poczuł nagle potworny żal.
— Może wejdziesz na chwilkę ? Zapytała nagle. JeJ wzrok był pełny obietnic i Pożądliwości. Po usłyszeniu tego w umyśle Alberta zabrakło po prostu miejsca na myśli o Terry, myśli o zasadach i moralności. Liczyła się teraz tylko Alicja. Gdy przechodzili przez próg ich Usta spotkały się, najpierw było to tylko muśnięcie Warg, lecz po chwili przekształciło się w pełny i długi pocałunek. Był on czymś tak naturalnym że całe wcześniejsze życie wydawało się być tylko snem.
— Po chwili przywarli do siebie ciałami, mocno się obejmując. Albert pocałował ją w szyję i ramię, następnie położył rękę na jędrnej PIERSIĄTEK. Alicja cichutko Jęknęła i odchyliła głowę do tylu. Po chwili Kochankowie zgodnie położyli się na podłodze. Bez pośpiechu, starając się zapamiętać każdą chwilę, w pełni nacieszyć się sobą, Pieścili się i rozbierali. Zawsze, z każdą kobietą Albert szukał tego, co czuł wtedy, całując się i przytulając dziesięć lat temu.
— Gdy leżąc na podłodze połączyli się pomyślał że wreszcie to odnalazł. Kochali się długo, ciągle wpatrując się sobie w oczy, czując się absolutnie szczęśliwi. Szczytując Alicja wbiła mu paznokcie w plecy...


* KONIEC *

© Grzesio, 2021.

PoprzedniNastępny

` Strona Główna `